Dla pełnej funkcjonalności tej strony poproszę o włączenie opcji JavaScript.

Historia Zuzanny: W jaki sposób malowanie po numerach pomogło mi poradzić sobie z życiowym kryzysem?

clanek_001

Życie nie zawsze jest usłane różami. Czasem to bolesna podróż pełna przeszkód, które wydają się prawie nie do pokonania. A jednak jesteśmy w stanie zebrać w sobie odwagę i ostatki sił i iść dalej.

W takich chwilach szuka się wsparcia. Czegoś, co pomoże się zrelaksować, zaabsorbować wszystkie emocje i zająć czymś myśli. Jednym ze sposobów jest malowanie, które pomaga wyrazić to, co trudno wyrazić słowami, dlatego często wykorzystywane jest w terapii. 

Staranne pociągnięcia pędzlem, delikatna praca z dociągnięciem detali i przynoszą radość i ukojenie dla duszy. Malując odpoczywamy i skupiamy się na zupełnie innym świecie. Coś o tym wie nasza klientka Zuzana, której malowanie po numerach pomogło przezwyciężyć bardzo trudną życiową sytuację. „Kiedy maluję, wyłączam się. Jestem sobą i pozwalam myślom po prostu płynąć”.

clanek_002

Jako pielęgniarka w domu opieki przyzwyczajona była do postrzegania śmierci jako naturalnej części życia, a także do radzenia sobie ze stresem i ogromnym obciążeniem pracą podczas trwającej pandemii. Jednak w życiu osobistym uśmiechało się do niej szczęście. Ze swym mężem nie mogli się doczekać nowego etapu życia, który rozpoczął się pozytywnym wynikiem testu ciążowego. Ale los miał inne plany. „Na zawsze będą mi w uszach brzmieć słowa lekarza: ,,Przykro mi, ale Pani dziecko nie żyje. Serce niestety nie bije."

Zuzana postanowiła podzielić się swoją trudną historią i zainspirować innych, jak malowanie po numerach pomogło jej przetrwać tę sytuację i odzyskać wewnętrzny spokój. Dlatego zgodziła się na wywiad, w którym opowiedziała nam swoją historię.

Czy możesz nam powiedzieć, co konkretnie się wydarzyło? Proszę nam opowiedzieć swoją historię? 

Po 7 latach bycia razem stwierdziliśmy z partnerem, że nadszedł odpowiedni czas, aby założyć rodzinę. Mąż poprosił mnie o rękę i jak to zwykle bywa niecały miesiąc później byłam zadowolona z pozytywnego wyniku testu ciążowego. To było przed rokiem. To był dla mnie mały szok, że wszystko poszło tak szybko i trochę się bałam z powodu narastającej  pandemii koronawirusa. Praca wiele dla mnie znaczyła i nadal nie umiałam sobie siebie wyobrazić w roli matki.

Cała ciąża przebiegała bezproblemowo, pracowałam tak długo, jak mogłam i jak mi na to pozwalał mój rosnący z Wiktorynką wewnątrz brzuch. Urlop macierzyński zaczął się pod koniec lipca, 6 tygodni przed terminem porodu, a ja powoli przygotowywałam łóżeczko ubranka i zastanawiałam się, w co po raz pierwszy ubiorę naszą córeczkę. W tym czasie pojawiły się bóle brzucha, ale nie martwiłam się tym. Myślałam, że Viktorka prawdopodobnie próbuje ją obrócić główką w dół.

clanek_003

Następnego dnia nie bolał mnie już brzuch,próbowałam obudzić Viktorkę. Pewnie śpi - myślałam. Nie miałam nawet pojęcia, jak daleko byłam od prawdy. Ona spała już na zawsze… Mój niepokój narastał z każdym dniem i w końcu to nadeszło. W 36. tygodniu rano mi odeszła woda, nie byłam na to przygotowana. Janek (mój mąż) jeździ ciężarówką i właśnie wyjechał, na szczęście do Czech, aby zdążyć narodziny naszej córeczki. Bratowa zabrała mnie do szpitala, pożegnałem się z nią słowanim, że zobaczymy się za kilka dni w trójkę.

Na porodówce podłączyli mnie do monitoringu. Wiedziałam, że uspokoję się, kiedy usłyszę bicie serca naszej małej córeczki. Miałam nadzieję, że wszystko będzie w porządku i dziś będziemy rodziną, będzie nas troje. Jednak po kilku minutach pielęgniarka przyszła i zaczęła badać mój brzuch. Za chwilę przyszła inna. Wysłali mnie na USG, już wiedziałam, co to oznacza. Na zawsze będą mi w uszach brzmieć słowa lekarza: ,,Przykro mi, ale Pani dziecko nie żyje. Jego serduszko niestety nie bije."

W tym momencie mój świat się zawalił. Byłam sama i nie wiedziałem, co robić. Mam płakać, czy krzyczeć…? Pozostałam lodowato spokojna, tak nas uczono w szkole, na praktyce - nie dać po sobie znać emocje. Po 4 godzinach urodziła się nam Viktorka i jednocześnie zmarła. To był 11 sierpnia, moje imieniny. Nigdy wcześniej nie ogarnęło mnie poczucie takiej  pustki i beznadziei.

clanek_004

Mąż przyjechał godzinę później. Nie mogliśmy się nawet pożegnać z Wiktorynką, zdaniem lekarzy nie byłby to najpiękniejszy widok. Chcieliśmy zachować przynajmniej kilka szczęśliwych wspomnień. Janek przez cały czas podtrzymał mnie na duchu i wspierał. Następnego dnia puścili mnie do domu. Mąż przez noc wszystko posprzątał i schował, tak że nigdzie nie było ani jednego wspomnienia o Wiki, oprócz USG na lodówce. Nagle poczułam się tak samotna….oboje płakaliśmy i w swoich ramionach. 

Wróciłam do pracy aż w listopadzie po tym, jak dwa miesiące jeździłem ciężarówką z mężem, ponieważ bał się zostawić mnie samą w domu. To wzmocniło nasz związek i przynajmniej częściowo zapomniałem. Zmieniłem lekarza rodzinnego i ginekologa. Nie ustalono przyczyny zgonu. Nadal czekamy na wyniki badań genetycznych, ale nie wierzę, że coś znajdą.

Dziś mija 7 miesięcy, które wywróciły moje spojrzenie na świat do góry nogami. Zmieniłem podejście do siebie, do życia, a szczególnie do pracy. Nie ma dnia, którego bym nie sobie nie przypomniała. Nieustannie obserwuję rosnące drzewo, pod którym pochowaliśmy naszą małą dziewczynkę. Tak jak wcześniej oglądałem mój rosnący z Wiktorynką brzuch.

clanek_005

Dlaczego wybrałaś właśnie malowanie po numerach? Czy myślałaś o innej aktywności?

Nazwałabym siebie pracoholikiem, muszę być ciągle w ruchu. Musiałam czymś się zająć, a ponieważ jako dziecko kochałam rysować, postanowiłam znaleźć sobie coś, co mnie rozproszy, aby tak dużo nie pracowała. Pewnego razu przypadkowo wyskoczyła w Internecie wasza witryna i było jasne. Spróbuję malować.

Kiedy maluję, całkowicie się wyłączam. Jestem sama ze sobą i pozwalam myślom płynąć. Smutek stopniowo nauczył mnie „wyłączać się” i  o niczym nie myśleć. Po prostu koncentruję się na szukaniu numerków do malowania. Mam też psy i konie, z którymi spędzam popołudnia, a wieczorem siadam do malowania i przynajmniej przez godzinę się wyciszam.

clanek_006

Jakie motywy obrazów wybierasz? 

Jako nastolatka rysowałam zwierzęta, głównie konie i psy. Kiedyś wciągnęły mnie również kolorowanki antystresowe, ale nie da się ich za bardzo powiesić w domu. Potem długo nie malowałam. Zaczęłam od nowa dopiero po śmierci Wiktorii, a malowanie po numerach przypadło mi do gustu.

Wybieram różne motywy. Ponieważ w domu kończy nam się wolne miejsce na ścianach, wybieram obrazy dla rodziny. Maluję je i wręczam jako prezenty z różnych okazji. Staram się wybrać te, o których wiem, że im się spodobają i powieszą je. Moja mama już mi mówi, co jej mam namalować. W tej chwili jestem na etapie małych aniołków. Wierzę, że gdzieś tam na górze jest ten nasz aniołek.

clanek_007

Co byś poradziła kobietom z podobnym doświadczeniem?

Niestety takich kobiet jest coraz więcej. Czasami zdumiewa mnie, jak dużo. Z pewnością ważne jest, aby nie być sama, nie zamykaj się w sobie pozwól być blisko ludziom, na których Ci zależy. Porozmawiaj o tym, co się stało. Na przykład pisz dziennik lub blog, idź do psychologa i nie bój się szukać profesjonalnej pomocy. Na pewno pomoże Ci znaleźć sobie hobby, dzięki któremu uporządkujesz swoje myśli. Mnie bardzo pomogło malowanie.